| magiczny-pamietnikblog - archiwum: Coś nie tak z Syriuszem… |
| Strona główna |
Coś nie tak z Syriuszem…Zdążyliśmy już prawie zupełnie zapomnieć o Lucjuszu Malfoy’u, kiedy znów dał nam się we znaki… A było to w pewien piątkowy poranek, kiedy jak zwykle spieszyliśmy na śniadanie. W końcu mieliśmy szansę przyjść na czas, ale niestety nam to udaremniono… A mianowicie… Spiesząc do Wielkiej Sali, usłyszeliśmy w pewnym momencie zbyt jednoznacznie brzmiące mlaskania. Jednak postanowiliśmy to sprawdzić. James jako ten odważny pchnął drzwi do klasy, z której one dochodziły i… ujrzeliśmy Lucjusza i Narcyzę całujących się! Właśnie tego się spodziewałam, ale zaniemówiłam. Blondynka na nasz widok wydała wysoki pisk i odskoczyła od „ukochanego”. Tash parsknęła śmiechem, ale od razu tego pożałowała, bo Malfoy doskoczył do niej, przyciskając jej różdżkę do skroni. - Co robisz?!- wrzasnął Syriusz, wyciągając swoją różdżkę zza pazuchy i celując nią w napastnika. - Dlaczego nam przerwaliście?!- wrzasnął blondas zamiast odpowiedzi, obniżając różdżkę. - Bbbo… Bo… Zaczynam się martwić o moją kuzynkę- wyjąkał Syriusz. - Nawet mi tu nie kłam! W żywe oczy!- zawołała Narcyza. - O tak, Narcyzo, kochana. Słyszałem, że twoja matka powiedziała, że nie chce, abyś się teraz wiązała z jakimkolwiek chłopakiem, bo masz na karku SUMY skłamał Black. - Ty… rozmawiałeś z moją matką?! I powiedziałeś jej, że ja i Lucjusz…! Ty… ty mały kretynie!- jego kuzynka doskoczyła do stojącej najbliżej Lily, rzucając na nią zaklęcie tańczących nóg. - Nie wyzywaj Syriusza!- krzyknęła Tash, wyrywając się Lucjuszowi i wyciągając różdżkę; wycelowała nią w Narcyzę.- Expelliarmus! - Co, jesteś jego dziewczyną?- blondyna wyrwała różdżkę z ręki swojego „chłopaka”.- Tarantallegra! Za wszelką cenę starałam się przypomnieć sobie przeciwzaklęcie, kiedy wycelowała we mnie. - Tarant… - Protego!- krzyknęłam.- Nie znasz innego zaklęcia? - Znam, gówniaro. Cruc… - NIE, NARCYZO, NIE!- wrzasnął Syriusz, wytrącając jej różdżkę z dłoni.- Jak mogłaś, jak w ogóle śmiałaś… I wtedy sobie przypomniałam: - Finite- wycelowałam w nogi Lily.- Finite- tym razem w nogi Tash. Moje przyjaciółki zachwiały się i obie runęły jak długie. Narcyza wybuchnęła śmiechem. - Zaraz się będziesz śmiała- wycedził przez zęby Potter. - Nie, James, nie radzę- szepnął Syriusz. - Sprytne posunięcie, kuzynku- powiedziała blondyna.- Lucjusz, idziemy! - A…aleee… - Żadnego „ale”! Chodź, co stoisz, matołku?- pociągnęła go za rękaw i wyszli. - Dlaczego mnie powstrzymałeś? Wydłubałbym tej zdzirze oczy, gdybyś tylko…- mamrotał James, pomagając Lilce i Natashy wstać. - Och, Narcyza naprawdę potrafi być straszna- powiedział Black.- Zbierajmy się, nie będziemy przecież głodować aż do obiadu… - Taak…- powiedziałam, wychodząc przed Remusem z klasy. Weszliśmy do Wielkiej Sali i usiedliśmy na swoich stałych miejscach. Spokojnie zabraliśmy się do owsianek, ale kiedy wstawaliśmy, żeby pójść na lekcje, zauważyłam, że Lily jeszcze drży. Objęłam ją. - Nie martw się- rzekłam.- Wszystko będzie dobrze. - Dzięki, Am…- uśmiechnęła się blado. - Przełazicie, czy nie? Tamujecie przejście, pierwszaki!- wrzasnął ktoś z grupy szóstoklasistów. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam w stronę sali od transmutacji, a za mną moi przyjaciele. Wszyscy byliśmy w kiepskich nastrojach. - Dzień dobry- powiedziała profesor McGonagall wchodząc do klasy. - Dzień dobry- mruknęło kilka osób. - Usiądźcie. Dzisiaj zajmiemy się zamianą swojego zwierzęcia w kielich. Mam tutaj sok z dyni, więc jeśli komuś się uda przemienić swego pupila w kielich, poczęstuję tę osobę sokiem- powiedziała, wskazując na dzbanek na swoim biurku.- Otwórzcie podręczniki na stronie pięćdziesiątej dziewiątej i przeczytajcie do sześćdziesiątej piątej. Dopiero wtedy możecie się zabrać do transmutacji. Czy są jakieś pytania? Nikt nic nie powiedział. Żadnej uszczypliwej uwagi w stylu Jamesa i Syriusza. Nic. Żadnego: „Tak, ja mam pytanie. Dlaczego zawsze tak dużo musimy czytać?”. I potem powinien być wybuch śmiechu. I… - Dlaczego nie czytasz, panno Mounters?- McGonagall stanęła nad moją ławkę. - Już, już, pani profesor. Rozmyślałam- otworzyłam książkę. - Na mojej lekcji się nie rozmyśla, dobrze?- zapytała łagodnie. - Tak, tak, przepraszam- zatopiłam nos w podręczniku, a po kilkunastu minutach, kiedy przeczytałam, podniosłam w górę rękę. - Tak?- nauczycielka spojrzała na mnie zza swych prostokątnych okularów. - Eee… Mogę otworzyć okno i zagwizdać na moją sowę?- spytałam. - Moment… Accio zwierzęta uczniów tej klasy!- zawołała profesorka i już po chwili moja sówka siedziała na ławce przede mną. Jeszcze raz przejrzałam notatki. Trzeba trzy razy stuknąć lekko, a potem mocniej i z wyczuciem i powiedzieć bardzo wyraźnie „Feraverto”. Łatwizna. - Raz, dwa, trzy… Feraverto!- chyba trochę za mocno uderzyłam Tritty, bo zahukała groźnie i trzepnęła mnie skrzydłem po twarzy.- Dobra, już dobra, nie denerwuj się, Trit. Jeszcze raz… Raz, dwa, trzy… feraverto… Kurczę, znowu nic! - Musisz mówić bardziej melodyjnie- podpowiedziała mi nauczycielka. - Raz… Dwa… Trzy… Feraverto. Pani profesor! Udało się! Udało mi się! - Świetnie, panno Mounters. Piętnaście punktów dla Gryffindoru! - Dziękuję. Czy mogę prosić o sok?- zaśmiałam się. - A… tak, jasne- profesorka nalała m pomarańczowego napoju do złotego kielicha, który jeszcze przed chwilą był moją Tritty. Wypiłam do dna, kiedy… usłyszałam głośny trzask! … CDN. :) magiczny-pamietnik 2006-02-02 17:44:17 skomentuj (12) |